Przejdź do treści

Rozmyślania o miłości Bożej (20) – O naśladowaniu Jezusa w miłości ku Bogu

O naśladowaniu Jezusa w miłości ku Bogu.

I.

Jeżeli po głębszem zastanowieniu przyjdę do przekonania, że niestety nie posiadam w tym stopniu miłości Bożej, abym nieustannie i wyłącznie sprawami Boskiemi zajęty był, i gorliwie pragnął, aby Bóg przez wszystkie stworzenia był znany, kochany i wielbiony; abym żywiej odczuwał i cieszył się czcią i uwielbie­niem, jakie ludzie Bogu oddają, a smucił się czynionemi Mu zniewagami więcej, niż wszystkiem, cokolwiek mogłoby mnie oso­biście dotyczyć; jeżeli nie kocham o tyle Boga, abym chętnie zgodził się żyć w zu­pełnej od Niego zależności i oddał Mu wszystko, cokolwiek odemnie zażąda, choćby jak największej wymaga! ofia­ry: — nie powinienem się tem niepo­koić, ani też zniechęcać, a tem mniej wi­nę całą składać na Boga, że mi łask odpo­wiednich odmawia, wskutek czego nie mogę Go należycie ukochać. W podobnym wypadku powinienem przede wszystkiem upokorzyć się, uznać własną winę, w Bogu całą moją złożyć nadzieję, prosząc Go usilnie i wytrwale, aby raczył wejrzeć na mnie i zapalić ogniem świętej miłości grzeszne serce moje.

On mnie tą łaską najniezawodniej obdarzy; bo nawet Sam mi nakazuje, abym Go o to prosił; przynagla mnie i czeka tylko, abym z ufnością przed Nim otworzył serce mo­je, pragnące Go ukochać; On to wpierw jeszcze mnie ukochał, oddawszy mi na własność to, co miał najdroższego—Syna Swego ukochanego; ponadto nic mi już więcej dać nie mógł; a tem samem nie może mi odmówić o cokolwiek pro­sić Go będę. Serce Jezusa jest źródłem miłości, a to Serce do mnie należy; zawsze jest dla mnie otwarte, zawsze przystępne i zawsze gotowe wysłuchać prośby moje.

Mogę zatem czerpać z tego źródła tak często i obficie, jak tylko tego zapragnę; bez obawy aby ono kiedykolwiek wyczerpać się mogło, lub też nie nasyciło pragnienia mego. Mogę być przekonany, że zawsze znajdę przyjęcie dobre;

a im częściej do tego źródła zbliżać się będę, im bardziej to Serce Najsłodsze pozna­wać i skarby Jego będę odkrywać, tem więcej bezwiednie niemal muszę się zapalać gorącą ku Niemu miłością.

Wobec tego zatem jeżeli jestem ciągle zimny i nieczuły, czyż nie moja w tem wina? czyż nie powinienem robić sobie gorzkich i cięż­kich wyrzutów?… Cóż bowiem stoi mi na przeszkodzie, abym każdej chwili jak tylko tego zapragnę, zbliżył się do tego ogniska miłości i co więcej w Nim założył nawet mieszkanie swoje; do czego Bóg Sam przynagla mnie i zachęca!

Bóg przez święte przykazanie miłości, nie wymaga i nie nakazuje wcale, abyśmy sami z siebie tę miłość ku Niemu czerpali. Zna On dobrze nędzę i nieudolność naszą, i wie, że jedynie pod w pływem natchnienia jego łaski, kochać Go mo­żemy. W tym też celu, jak wyżej powiedzieliśmy, dał nam jednorodzonego Syna Swego, a z Nim obfitość łask tak naturalnych jak nadnaturalnych, za pomocą których możemy, jeżeli tylko szczerze tego zapragniemy, ćwiczyć się i postępować co raz wyżej w miłości Bożej.

A zatem w pokorze i uniżeniu wyznać muszę, że z mojej to winy jedynie, nie postąpiłem dotąd w miłości Bożej; że mając wzór tak doskonały, jakim jest Serce Pana naszego Jezusa Chrystusa, nie korzystałem należycie z tej nieocenionej łaski i nie starałem się dotąd naśladować je we wszystkiem. Ale dłużej już zwlekać nie będę. Pójdę do słodkiego Oblubieńca dusz naszych ze wstydem lecz i z ufnością zarazem; błagać Go będę, aby mi przebaczył moje niedbalstwo i oziębłość; i aby zechciał wzbogacić serce moje skarbami Swego serca i zapalić w niem ten ogień miłości go­rącej i żarliwej, który nieustannie w Jego Sercu płonie. Taka nieustanna, gorliwa i natrętna prośba (jeżeli godzi się tego rodzaju modlitwę natrętną nazywać), niezawodnie pożądany skutek odniesie i w całej pełni, a nawet ponad pojęcie moje wysłuchanym zostanę.

II.

Skoro Jezus Chrystus został mi dany jako wzór do naśladowania, jest to za­tem moim nieodzownym obowiązkiem, o ile to w mojej mocy, naśladować Go we wszystkiem, a głównie w Jego mi­łości ku Bogu; która począwszy od tej chwili, powinna z biegiem czasu stopnio­wo potęgować się w sercu mojem, wzrastać nieustannie, aż pokąd nie do­sięgnie szczytu doskonałości, który jej Bóg przeznaczył, a który otworzy mi bramę do nieba. Naśladowanie Jezusa Chrystusa, polega wyłącznie na miłości tylko; ponieważ podstawą i końcem wszystkich cnót Jego była zawsze miłość.
Chcąc w skróceniu, o ile to w ludzkiej mocy, wyrazić i określić życie Pana Je­zusa, dla lepszego zrozumienia możemy to uczynić w ten sposób tylko, gdy weźmiemy miłość jako podstawę wszyst­kich Jego uczuć, myśli i uczynków, na miłości opierając także wszystkie wypadki i tajemnice Jego życia.

Chcąc obraz Jego w duszy mojej wyrazić, muszę nieodzownie tej samej trzymać się zasady. Ta sama miłość, która przejmowała i dotąd zawsze przej­muje Boską duszę Chrystusa musi stanowić gruntowną i jedyną podstawę mego uświątobliwienia, musi być nieodstęp­ną towarzyszką moją podczas życia mego na ziemi, jeżeli chcę za jej pośrednictwem, otrzymać w niebie koronę chwały.

Miłość prawdziwa nie zna granic, stała i niewzruszona w zasadach swoich, odpiera mężnie wszelkie napaści; jak śmierć potężna, wszystko kruszy i wszyst­ko przed nią ugiąć się musi; miłość zazdrosna jest, oszukać się nie da, niezwyciężona w uczuciu swojem; fale naj­cięższych utrapień i boleści płomieni jej ugasić nie mogą; najstraszniejszym pokusom mężnie stawia czoło.

Taką to miłością Chrystus Pan napełni serce moje jeżeli gorąco a wytrwale prosić Go o to będę, mając stałą wolę i mocne przedsięwzięcie nie tylko słowami, ale uczynkami i całą moją istotą, tej miłości dawać Mu dowody, przez całe życie moje.

Gdy podstawą mojej doskonałości, będzie głęboka i gruntowna miłość ku Bogu wówczas wszelkie inne cnoty z łatwością zdobędę, bo miłość jest ich źródłem i na miłości każda opierać się musi. Bez tej podstawy, wszystkie, choćby najwznioślejsze cnoty bardzo są wątpliwe i najniezawodniej przy pierw­szej sposobności rozpierzchną się jak stado dzikiego ptactwa, jeżeli miłość wspierać ich nie będzie.

Powinniśmy z tych cnót opartych na miłości, budo­wać wytrwale gmach doskonałości; a na py­tanie do jakich szczytów ta budowa ma być posunięta, odpowiadamy wraz ze świętym Augustynem: „Aż do samego nieba”. Bóg jeden tylko zna miarę tej naszej budowy; On to niewidzialnie kieruje pra­cą naszą; a my pod tym względem nic podług własnej woli decydować nie mo­żemy; w czemkolwiek rozporządzilibyś­my się poza wiedzą i wolą najwyższego Budowniczego, zepsulibyśmy tylko pracę naszą i żadnej stąd nie odnieślibyśmy korzyści.

Rozważ dobrze te słowa, duszo moja i staraj się wpoić sobie w pamięć, że doskonałość jakiej Bóg od wiernych dzieci swoich wymaga, ma być gmachem zbudowanym na podstawach miłości, gmachem obejmującym wszystkie chrześcijańskie cnoty, o budowie gruntownej i trwałej, której szczyty dosięgać mają sklepienia nieba.

Takiej to pracy Bóg domaga się od ciebie; musisz ją wyko­nać, lub co najmniej mieć szczere i go­rące pragnienie temu zadaniu zadosyć uczynić, a w chwili śmierci obudzić żal serdeczny, że nie odpowiedziałeś godnie Boskiemu wezwaniu, prosząc Boga, aby przez nieprzebrane miłosierdzie Swoje, raczył dopełnić czego ci niedostaje. Jeżeli w tem pragnieniu nie żyjesz i w go­dzinę śmierci powyższych uczuć obudzić nie zdołasz; nie jesteś godnym należeć do liczby uczniów Chrystusowych, i nie ma w tobie cienia podobieństwa do tego wzoru który byłeś obowiązany nieustannie naśladować.

Trzeba zatem ciągle pracować, zawsze się udoskonalać, wykorzeniać złe nałogi do szczętu, a od Boga zależy czas i chwila, w której przez śmierć pracy naszej koniec położyć zechce.

III.

Ale czy znajdę odwagę, cierpliwość i wytrwałość do rozpoczęcia i przeprowadzenia tak trudnego dzieła?

Przede wszystkiem powinienem wystrzegać się wszelkich rozumowań, uwag i namysłów pod tym względem; miłość będzie mi po mocą i wsparciem; w niej znajdę wszystko co przy dobrej woli, Bóg uzna w tej mojej pracy za konieczne i niezbędne. Dzieło, które Chrystus Pan przedsięwziął, aby gmach swej miłości ku Bogu wznieść do niebywałych dotąd szczytów, stosownie do woli Swego niebieskiego, bez porównania więcej kosztowało Go pracy, trudów i ofiar, niżeli wszystkie trudy i prace całej ludzkości razem wzię­te. A jednak nie rozumował wcale, nie zastanawiał się i chwili nawet nad tem wszystkiem, co dla dobra naszego miał przecierpieć; nie przerażał Go ogrom ofiary i poświęcenia, które miał złożyć Ojcu, na dowód Swej dla Niego miłości.

Tak, Chrystus Pan z ofiarą Swoją nie wahał się i nie ociągał wcale; żar mi­łości, którym serce Jego nieustannie pło­nęło, pochłonął te olbrzymie cierpienia, jak rozpalone ognisko wiązkę słomy; i słusznie zastosować tu można słowa Pisma św., o przywiązaniu Jakuba do Racheli, „że zgodził się na wszystko, i najcięższe próby i cierpienia były mu miłe, bo pragnął tem wszystkiem przy­podobać się Ojcu“. A nawet gdyby mu kazano, byłby chętnie i na cięższe zgodził się cierpienia, bo miłość, która mu je osładzała, była tak potężna i sil­na, że górując nad wszelkiem cierpie­niem, serce jego na w skroś przeszywała; lecz ta rana miłości niewymowną słodycz i pociechę sprawia, jest to jej cechą i właściwością, tak dalece, że niepodobna wyobrazić sobie uczucia miłości bez cierpienia.

Otóż, taką też była miłość Jezusa Chrystusa; w śród najsroższych cierpień, był zawsze cichy, spokojny, szczęśliwy; wola Ojca Jego była Mu droższą nad szczęśliwość niebiańską; opuścił niebo, dla cierpień i krzyża! Jak słusznie św. Paweł powiedział: „Miał do wyboru radość i szczęście, przyjął jednak krzyż, cierpienie i hańbę!”

Tą samą drogą, w pewnym stosunku, postępowali i Święci Pańscy, zwyciężając potęgą miłości słabą ludzką naturę. I mnie tak samo, jeśli kochać będę, Bóg takiej łaski i pomocy swojej nie odmówi; miłość będzie mi źródłem z którego czerpać będę siłę we wszystkich pracach , cierpieniach i trudnościach życia mego. Czem więcej  trudności i cierpień spotykać będę na mej drodze, tem bardziej odwaga moja wzmocniona miłością, walczyć z nimi będzie i wytężać całą potęgę woli, aby się im nie poddać, lecz odnieść chwalebne zwycięstwo; a im większe i trudniejsze przeszkody będą, tem łatwiej je z łaską Boża pokonam.

Jest to rzecz dowiedziona. Początki we wszystkim są najtrudniejsze – i małe krzyżyki które w pierwszych chwilach naszego nawrócenia dzwigamy, wydają się nam najcięższe i najtwardsze; podczas gdy później podczas walki i zwycięstwa miłością wzmocnieni, w doświadczeniach i krzyżach rzeczywiście ciężkich, widzimy szczęście nasze, i stają się nam one lekkie i nad wyraz słodkie; nie użalamy się wcale, lecz przeciwnie stajemy się nienasyceni w cierpieniu i pragniemy nawet coraz to nowych i coraz większych cierpień dla Boga. Tak jak ogień, który z początku z trudnością się rozpala, aż wreszcie w żarzące przemieni się ognisko, – porywa i pochłania najtwardsze przedmioty, które w pierwszej chwili opierały się jego działaniu.

A zatem, mniejsza o to, że życie przyparza nam cierpień i krzyżów, gdy wraz z nimi i miłość, która nam je dzwigać pomaga, także się potęguje, a nawet czasami je przewyższa. Jezus Chrystus upewnia nas, że „Jarzmo Jego jest słodkie, a ciężar lekki”. I te słowa w całej pełni sprawdzają się względem tych, którzy to jarzmo i ten ciężar dźwigają, nie dla bojaźni, lub osobistych wi­doków, ale wyłącznie z czystej ku Bogu miłości.

Czyż zatem nie jest to rzeczą zdziwienia i politowania godną że w ogóle ludzie tak stronią i lękają się poddać uczuciu bezwzględnej miłości chociaż ona jedynie jest zdolną osłodzić, umniejszyć ciężar prac i cierpień, nieodłącznych od życia ludzkiego na ziemi? 

Prawdziwość słów naszych potwierdza ­ją najlepiej, niezliczone opisy żywotów świętych i błogosławionych sług Bożych których miłość poprowadziła w ślady Jezusa Chrystusa. Pierwsze kroki które stawiali na drodze doskonałości, były im najprzykrzejsze i najtrudniejsze; później stopniowo, gdy miłość ich się wzmagała  postępowali coraz prędzej z radością weselem, miłość unosiła ich coraz wyżej z szybkością strzały, lub lotu ptaka.

„Gdy serce moje rozszerzyłeś” — mówił Dawid „biegiem szybko po drodze przykazań Twoich”. — Ale postęp w doskonałości świętych, dorównywał potę­gującej się ich miłości ku Bogu. Co do mnie, pod tym względem, doświadczenie jedynie przekonać mnie może. A zatem nie pozostaje mi nic innego, jak od tej chwili uzbroić się w odwagę i z łaską Bożą wejść na drogę miłości, która naj­łatwiej mi dopomoże do mego uświątobliwienia.

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Odpowiedz